od fary wyspowiadał Maćka i zatrzymał ich gościnnie na nocleg, tak że wyjechali dopiero nazajutrz rano. Za Olkuszem skręcili ku Śląskowi, którego granicą mieli wciąż jechać aż do Wielkopolski. Droga szła po większej części puszczą, w której pod zachód słońca odzywały się często, podobne do podziemnych grzmotów, ryki turów i żubrów, nocami zaś pobłyskiwały spośród leszczynowej gęstwy oczy wilcze. Większe jednak niebezpieczeństwo niż od zwierza groziło na tej drodze wędrownikom i kupcom od niemieckich lub zniemczałych rycerzy ze Śląska, których zameczki wznosiły się tu i ówdzie nad granicą. Wprawdzie wskutek wojny z Opolczykiem Naderspanem, któremu pomagali przeciw królowi Władysławowi synowcowie śląscy, większą część tych zameczków pokruszyły ręce polskie, zawsze jednak trzeba się było mieć na baczności i zwłaszcza po zachodzie słońca nie popuszczać broni z ręki. .

- Prawie wam się udało - zauważył Seymour tydzień później, przy barze w Brook's CIub, w rozmowie ze swym kolegą z MIS. O godzinie dziesiątej, kiedy przebrzmiały ostatnie donośne dzwony Big Bena stanowiące muzyczną czołówkę wieczornych wiadomości ITN, redaktor prowadzący spojrzał w oko kamery i przeczytał oświadczenie dla porywaczy. Następnie na ekranie ukazała się plansza z numerami telefonów, a redaktor przekazał najświeższe informacje na temat porwania Simona Cormacka. Nie było tego wiele, ale trzeba było coś powiedzieć. W cichym domu, czterdzieści mil od Londynu, czterech mężczyzn siedziało w napięciu w salonie i oglądało program. Dwóm z nich przywódca błyskawicznie przetłumaczył na francuski treść dziennika. Jeden był Belgiem, drugi Korsykaninem. Czwarty nie potrzebował tłumacza. Mówił dobrze po angielsku, nie potrafił jednak pozbyć się ciężkiego akcentu mieszkańca Afryki Południowej. Dwóch Europejczyków w ogóle nie mówiło po angielsku i przywódca zakazał im oddalać się z domu aż do zakończenia całej akcji. On jeden opuszczał dom, zawsze przez stanowiący integralną część budynku garaż i zawsze wewnątrz Volva, które miało teraz założone nowe opony i numery rejestracyjne - te ostatnie tym razem oryginalne i legalne. Nigdy nie wychodził bez peruki, sztucznej brody, wąsów i ciemnych okularów. W czasie jego nieobecności pozostali mieli trzymać się z dala od okien i oczywiście nie odpowiadać na dzwonek do drzwi. Kiedy prowadzący dziennik zaczął omawiać sytuację na Bliskim Wschodzie, jeden z Europejczyków zadał pytanie. Przywódca potrząsnął głową.. Która nigdy zapomnieć nie mogła w obecnej niedoli szczę¶cia dawnego.. Ustawą wieczną w pokolenia wasze.. - Musimy z żoną zrobić, co się da. Więcej niż się da - tłumaczy Sean. Nie żali się, deklaruje walkę do końca. - Byliśmy u filipińskich magów, modlimy się do Boga. Chcemy spróbować medycyny naturalnej. Wasz Solsenisyn pisał o tym wywarze. Że to rosyjska recepta. Pytałem naszych Rosjan, ale nie znają przepisu.... Zachować tedy pozwól wspomnień skarb. Ciskając jednocześnie z całej siły masywny odłamek marmuru w rozległy kawał gabardyny pomiędzy ramiona kobiety. Szelest i instynkt. Kobieta zaniepokoiła się, ale uderzenie zrobiło swoje. Ostry kamień walnął ją w kark u podstawy czaszki i krew natychmiast splamiła jej czarne włosy. Havelock długimi susami wbiegł po schodkach na górę i chwyciwszy ją w pasie za płaszcz przerzucił przez niską żelazną barierkę, zatykając jej przedramieniem usta i tłumiąc krzyk. Oboje stoczyli się do marmurowej studni. Zanim upadli na kamienną powierzchnię, Michael wykręcił kobiecie rękę, wbił jej kolano między piersi i przycisnął mocno lufę llamy do gardła.. Małpka opamiętała się w swym gniewie. Przeskoczyła na ramię Hanysa i przytuliła się do niego, piszcząc z zadowolenia. Wszystkie dzieci teraz dopiero pojęły, co to się stało. I uczyniły taki harmider, że aż pan Szymiczek z Kucharczykiem przybiegli. Tamten poturbowany chłopiec zaś porwał duży kamień i zamierzył się na Hanysa i jego małpkę. Lecz w tej samej chwili Zosia krzyknęła okropnie i skoczyła do chłopca. Ujęła go za ramię, by przeszkodzić uderzeniu. Wytrącony kamień poleciał w górę i spadł ostrym kantem na ramię dziewczyny. Dziewczyna już teraz nie krzyknęła, lecz zachwiała się i upadła na bruk. Równocześnie zaś pan Szymiczek roztrącił krąg chłopców, by ratować małpkę i Hanysa. Napastnik dał nura między kolegów i pognał na przełaj do miasta, za nim zaś popędzili z wielkim wrzaskiem inni chłopcy pragnący go wybić za to, że chciał małpkę uderzyć kamieniem i że trafił kamieniem Zosię.. - Słuchajcie, koledzy! Bobuś!... Bobuś!... - wydzierali się chłopcy. - A umie różne komedie.. Ruchów, synu - powiedział. - Zgubił pan swój stolik,.